
Odnosząc się do jedynego komentarza (a teraz właściwie dwóch ;)) pod pierwszą notką.
Ileż można czekać na "księcia z bajki" ?
5 a teraz właściwie już 6 lat to cholernie dłuuuugi okres czasu. Z każdym dniem człowiek staje się mniej ufny sobie i innym tak naprawdę. Kiedy pojawi się ktoś kto okazuje na tyle zainteresowania aby stworzyć związek - ucieka się od tego mimo, że tak bardzo się tego pragnie. Automatycznie włącza się myślenie:
minęło tyle lat,
przecież ja nie potrafię być w związku,
a jak się starasz już o to, to każdy Twój ruch wydaje się być żałosny, zbędny, głupi.
Aktualnie jestem w takiej dziwnej sytuacji. Jest chłopak, lubię go i to bardzo, jego charakter przyciąga.
Całowaliśmy się na jednej z imprez, po czym nasze relacje się polepszyły częściej rozmawialiśmy, dzwonił do mnie ja do niego pisałam.
Właściwie od tego pocałunku się zaczęło.
Ale potem zaczęło się pieprzyć. Kiedy on się nie odzywał a ja próbowałam nawiązać kontakt wszystko było jakby nie tak, miałam wrażenie że każda moja próba rozmowy jest żałosna i głupia. To ja bardziej staram się aby coś z tego wyszła a on zwyczajnie mnie zlewa. Dziwne bo teraz pisząc tą notka zdałam sobie z tego sprawę, że tak jest.
To boli, kiedy Tobie zależy a ta wymarzona połówka, zwraca na Ciebie uwagę kiedy czegoś chce, albo przypomni sobie, że istniejesz.
Cholernie dziwna sytuacja, i cholernie rani bo ja jestem emocjonalnym wrakiem człowieka i nie wiem co mam robić, czy odpuścić i żyć dalej jak zakonnica użalając się nad swoją niedolą ? Czy może dalej go "katować" pisząc do niego, dzwoniąc ? Bo tak naprawdę nie wiem jak on to odbiera. A głupio mi zapytać się tak naprawdę "Hej czy między nami coś jest czy tylko mną się bawisz ? "
Studiujemy na jednym roku więc jakiekolwiek niezręczne sytuacje nie wchodzą w grę.
Blog założony po to aby nawiązać nowe kontakty z ludźmi, którzy mają takie same, podobne lub całkiem inne życiowe problemy i nie potrafią sobie z nimi poradzić.
Notka dodana przed chwilą jest notatką pisną 28.11 - czyli miesiąc temu. Niestety od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Mam coraz większego doła, coraz większe problemy i coraz większą ochotę się zabić.
Za każdym razem kiedy wychodzę z domu to z myślą, że może dzisiaj mnie auto potrąci i to będzie KONIEC.
Na uczelni coraz gorzej, nie potrafię pogodzić się z ta myślą, że w liceum byłam prymuską, a tutaj czuje się jak te tumany z mojej licealnej klasy, które każdy przedmiot musiały zaliczać na 2 !!
To co się dzieje teraz w moim życiu (a tak naprawdę dzieje się to od dawna) mnie przerasta, STRES mnie wykańcza, nie potrafię skupić, zmobilizować...
Mam DOŚĆ !
Witam wszystkich zawiedzionych sobą, swoim życiem...
Od ładnych paru lat nie potrafię nic zrobić tak żeby było dobrze, nie potrafię zmobilizować się żeby osiągnąć zamierzony cel co jest przyczyną mojej ciągłej depresji i wszystkich porażek życiowych.
Jestem studentką I roku na Administracji.Jest to drugi kierunek jaki zaczynam bo pierwszy poje*ałam mimo tego, że był tym wymarzonym... Czemu to zrobiłam ? Nie wiem ... Uczelnia zła, ludzie z grupy źli, wykładowcy jeszcze gorsi .... Niestety naburmuszyłam się jak dziecko i uciekłam.
Kierunek obecny również mam w planach rzucić. Czemu ? Pewnie z tych samych powodów ... nie radze sobie, wykładowcy źli, nie potrafię się zmobilizować do pracy, wszystko mnie drażni...
A niestety nie mam żadnego doświadczenia zawodowego, nie mogę znaleźć pracy co utwierdza mnie w przekonaniu że ze mną jest coś nie tak.
Mam 20 lat i do tej pory jestem sama. Wiem, wiem... Jak to możliwe ? A jednak ! Nie wiem czemu ale jestem. Dobija mnie to strasznie, nie mam nikogo kto by mnie wspierał, nie mam do kogo się wyżalić czy przytulić, jestem sama jak palec, ze wszystkim muszę radzić sobie sama. Mam przyjaciółkę, kocham ją jak siostrę, ale nie potrafię jej powiedzieć co mnie tak naprawdę gryzie, dodatkowo dobija mnie, że ona ma ta druga połówkę to wsparcie, którego mi brakuje.
Nie potrafię nic zrobić ze swoim życiem, żeby było piękne. Coraz bardziej zamykam się w sobie, izoluje od ludzi u których widzę to szczęście i to powodzenie w życiu. Nie rozwijam swoich pasji, zaprzestałam malowania i rozwijania predyspozycji językowych. Dlaczego ? Nie wiem...
Nie potrafię odpowiedzieć sobie nawet na najprostsze pytania dlaczego jest ze mną jak jest. Wmawiam sobie tuzin rzeczy, że życie jest piękne, ale automatycznie włącza się bariera... "Gdyby było piękne to .... " i milion powód czemu ona takie nie jest, co mnie wpędza w depresje. Jedyne co potrafię to siąść i płakać.
Krótką mówiąc jestem nieudacznicą, wszystko potrafię spieprzyć.